Uwaga! Poniższa transkrypcja może się nieco różnić od nagrania.

Podcast#3 Czy martwienie się jest użyteczne, jak wpływa na zdrowie i co możemy z nim zrobić?

Dbanie o zdrowie to nie tylko dbanie o ciało

Jest trend dbania o swoje zdrowie i brania za nie odpowiedzialności. Ale to czemu głównie poświęcamy uwagę jest (w sensie dosłownym) nasze ciało. Ćwiczenia, woda, sen, oczyszczanie, wybór tego co jeść… I to oczywiście jest bardzo dobrze. Cieszy mnie tym bardziej, że przez kilka ostatnich lat kładłam duży nacisk w swojej pracy na te właśnie aspekty.

Ale dzisiaj chcę zwrócić Twoją uwagę na jeszcze jeden aspekt zdrowia czyli na naszą psychikę i to, co między innymi produkuje nasz umysł.

Ponieważ sposobu w jaki funkcjonuje nasze ciało nie da się oddzielić od naszych myśli i emocji. Chcę przez to powiedzieć, że aby w pełni doświadczać zdrowia potrzeba zarówno zadbania o potrzeby ciała jak i zajęcia się swoim umysłem, psychiką. Choć byśmy nie wiem co robili dla ciała – nie odczujemy pełni efektów jeśli pominiemy umysł.

Nasz sposób myślenia wpływa na emocje, a te z kolei wpływają na reakcje fizjologiczne organizmu. W konsekwencji samopoczucie i zdrowie jest zależne nie tylko od tego, co robimy by dbać o ciało, ale też od tego, co znajduje się w naszym umyśle.

Pomogło mi dbanie o ciało czy dobre nastawienie i skupienie na życiu?

W jednej ze swoich książek opisywałam sytuację, w której 4 lekarzy chciało mnie skierować na natychmiastową operację. Hipotezy na temat mojego zdrowia były złe. Towarzyszył mi duży ból. Słyszałam, że opóźnienie operacji może się skończyć koniecznością jechania do szpitala na sygnale (jak powiedział mi jeden z lekarzy). Miałam w tamtym czasie coś do zrobienia. Przygotowałam więc wszystko co potrzeba do szpitala (na wypadek, gdyby faktycznie słowa lekarza miały się sprawdzić), ale zdecydowałam, że najpierw uporządkuję co nieco i zdam egzaminy na studiach psychologii. Podjęłam je już w dojrzałym wieku i były one dla mnie bardzo ważne.

Skupiłam się na tym co mam do zrobienia. Na życiu, na obowiązkach, na nauce. Towarzyszył mi duży spokój. Uczyłam się. Dbałam o siebie. Korzystałam też z ziołowych suplementów. Mój nastrój w tamtym czasie był bardzo pogodny. Paradoksalnie pamiętam ten czas jako czas niezwykle dobry, spokojny, wyciszony. Tak, jakby nie istniało żadne zagrożenie. Tak jakby mój umysł nie przyjął zagrożenia, ale całym sobą pozostał wyłącznie w teraźniejszości. W tym co trzeba zrobić. Pamiętam mieszkanie, nastrojowe światło lampki nocnej i zieloną herbatę. Upajałam się atmosferą tworzoną przez zwyczajne chwile. Zamiast martwić się tym co będzie z moim zdrowiem – cieszyłam się drobiazgami. Kiedy to mówię to czuję ten wewnętrzny stan, który mi wtedy towarzyszył.

Ale po co to mówię??

Ponieważ dziś nie wiem co najbardziej mi pomogło. Czy pełna koncentracja na życiu, obowiązkach i małych radościach, czy zioła i delikatne, troskliwe traktowanie swojego ciała? Nie potrafiłabym określić tego procentowo, ale wiem na pewno, że jedno i drugie miało swój udział w moim wyzdrowieniu. Bo jeśli czytałaś/-eś moją książkę to być może wiesz, że operacja okazała się niepotrzebna a wynik kolejnego usg zdziwił lekarza.

Wtedy nie wiedziałam co zrobiłam, że nie udałam się w martwienie się ale w spokojną radość z codzienności i to co było do zrobienia. Moje nastawienie poniekąd było instynktowne. Jakbym podświadomie wiedziała, że martwienie się nic tu nie pomoże. Ba… może nawet pogorszyć. Byłam zaledwie na początku studiów psychologii i niewiele jeszcze wiedziałam o tym jak ogromny wpływ na nasze zdrowie i zdrowienie ma psychika.

Nie wiem co byłoby gdybym zachowała się inaczej i nie wie tego nikt. Trudno jest myśleć w sposób “gdybym coś… to wydarzyłoby się coś…” bo tego po prostu nie wiemy.

Jednak moja obecna wiedza, odkrycia psychologii dotyczące wpływu emocji i przekonań na nasze zdrowie, a także życie, cała dziedzina psychoneuroimmunologii, eksperymenty nad działaniem placebo i nocebo, racjonalna terapia zachowań i spektakularne wręcz efekty jakie przynosi, nurt psychologii behawioralno-poznawczej, to co wiemy o oddziaływaniu na siebie ciała i umysłu – nie pozwala mi pomijać znaczenia psychiki. Tym bardziej, że jak pokazuje efekt placebo, potęga tego co mamy w głowie jest ogromna.

Na czym polega martwienie się?

Martwienie się to nawyk myślenia w pewien sposób, który nie służy ani rozwiązaniu problemu, ani uporaniu się z tym co jest do zrobienia, ani poprawie sytuacji, ani realizacji celów, ani poprawie swojego nastroju itd. Polega na negatywnych myślach, tworzeniu negatywnych scenariuszy na temat tego co się wydarzy lub nie wydarzy, co złego może się stać…

Być może chcesz teraz powiedzieć “Ale ja mam realne powody do zmartwień”.

Powiem – witaj w klubie. Bo każdy człowiek w różnych momentach życia doświadcza straty, różnego rodzaju kłopotów i trosk. Także wyzwań (np. w życiu zawodowym, albo związanym z chorobą), które wydają mu się zbyt duże aby im sprostać. W naszym życiu tak samo są chwile radosne i lekkie jak i chwile trudne.

Czy znasz choć jedną osobę, u której w każdej sferze i przez cały czas układa się idealnie? Bo ja nie. I nawet kiedy przypomnę sobie osoby, o których kiedyś byłam skłonna w pewnym momencie tak myśleć, to kiedy je poznałam bliżej, okazało się, że takie założenie było błędne.

Czy martwienie się nam w czymś pomaga?

Wracając do tematu martwienia się. Nawet jeśli realnie, w tym właśnie momencie mierzysz się z czymś trudnym w swoim życiu – zastanów się przez chwilę czy martwienie się w czymkolwiek Ci pomaga?

Czy realnie pomaga Ci ono zmienić sytuację bądź uporać się z problemami? Na przykład poprawić swoją sytuację finansową, wyzdrowieć, schudnąć, zdać egzamin, podnieść swoją efektywność, wyjść z apatii (wstaw tu jakąkolwiek sytuację, która jest dla Ciebie trudna).

Powiem, że martwienie nie pomaga. Jest bezproduktywne i nie wnosi do naszego życia nic dobrego. Nic konstruktywnego co pomogłoby nam być bardziej efektywnym, rozwiązać problem czy po prostu lepiej się poczuć. Nie poprawi naszej sytuacji, a wręcz dokłada nam jeszcze więcej tego co negatywne. Nie spowoduje, że czegoś unikniemy ani nie spowoduje, że coś się wydarzy.

Martwienie się – niekorzystny sposób myślenia

Jakby tego było mało – martwienie się szkodzi naszemu zdrowiu.

Myślenie sprzyjające zdrowiu realnie powoduje, że kiedy jesteśmy chorzy, szybciej zdrowiejemy, a kiedy jesteśmy zdrowi, pozostajemy w dobrej kondycji.

W przypadku martwienia się może ono zarówno osłabić nasz organizm i np. wskutek tego zachorujemy jak i opóźnić powrót do zdrowia lub wręcz uniemożliwić wyzdrowienie, kiedy już jesteśmy chorzy.

Czy zatem martwienie się w ogóle ma jakikolwiek sens?? Cóż… jeśli założymy, że jest to rozpatrywanie potencjalnych zagrożeń jakie mogą nam przeszkodzić w realizacji nowo postawionego celu, wdrażaniu nowego projektu itp. to może być to pożyteczne. ALE ja nie nazwałabym tego stanu martwieniem się, a na przykład analizą słabych stron w odniesieniu do czegoś. Bo martwieniu się towarzyszą negatywne emocje. A analiza potencjalnych zagrożeń służy raczej temu aby coś wyeliminować, albo nie oddać się hura optymizmowi nie biorąc pod uwagę, że scenariusz może być inny od tego, który założyliśmy… To po prostu rozsądek.

Definicja zwrotu “martwić się” ze słownika języka polskiego brzmi “pogrążać się w smutku, smucić się; niepokoić się o kogoś, o coś, troskać się, trapić się”. Czyli jest to jak oddanie się pewnego rodzaju emocjom smutku, wynikające ze skupiania się na nieprzyjemnym scenariuszu.

A przecież jaki będzie scenariusz – tego nie wiemy.

Ze swoją przyjaciółką, kiedy jeszcze miałyśmy w zwyczaju, a raczej nawyku tworzyć scenariusze, przerywałyśmy sobie nawzajem śmiejąc się i mówiąc “zobaczymy jak się wydarzy”. I tak nawzajem trzymałyśmy się realnej rzeczywistości czyli tego co dzieje się teraz a nie tego, co być może się zadzieje.

Bo istotnie dopóki coś się nie wydarzy nie wiemy jak będzie.

Ze scenariuszami to w ogóle jest  zabawna historia. Przypomnij sobie czy zdarzyło Ci się przykładowo układać sobie w głowie co powiesz na spotkaniu, na które byłaś umówiona? A czy potem rozmowa przebiegła w takim kierunku, że nic (albo niewiele) wyszło z tych planów? No i tak właśnie sprawdzają się scenariusze.

Bardzo proste i mądre słowa przypisane są Margaret Thatcher. Powiedziała “Dziewięćdziesiąt procent naszych zmartwień dotyczy spraw, które nigdy się nie zdarzą”.

Martwienie się a stres i zdrowie

Wspomniałam, że martwienie się szkodzi naszemu zdrowiu. Aby do tego nawiązać chcę zwrócić Twoją uwagę na taki rodzaj stresu, który ma istotne znaczenie dla naszej energii i zdrowia.

Ciało gdy przeżywamy negatywne emocje słabnie. Podobnie w stresie kiedy jest związany z negatywnymi emocjami.

Taki stres wręcz wysysa z nas energię. Dzień za dniem nam jej brakuje, ale nie wiemy dlaczego. Czasem nawet chodzimy od lekarza do lekarza. Każdy kolejny lekarz stwierdza, że nic nam nie jest, ale my czujemy się źle. Nie mamy siły.

Bardzo często w takich sytuacjach przyczyna jest nie w naszym ciele ale w umyśle…. w stresie jakiego doświadcza ciało, a którego nawet nie identyfikujemy.

Osobiście znam osoby, które ogromnie dużo robią dla ciała, ale i tak ich samopoczucie jest kiepskie. Mimo dobrych wyników badań. W grupie tej najczęściej są właśnie takie osoby, którym brakuje myślenia i postawy służących zdrowiu. Zdrowy mózg nie gwarantuje nam zdrowego myślenia. Czyli myślenia, które dobrze wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie.

Na pewno zamartwianie się jest tego przeciwieństwem.

Jaki rodzaj stresu związanego z martwieniem się źle wpływa na zdrowie?

Wracając do stresu. Jaki jego rodzaj źle wpływa na nasze zdrowie?

Bo jak pewnie się domyślasz nie jest to stres związany z entuzjazmem czy wyzwaniem. Taki stres pobudza nas pozytywnie do działania i nie trwa ciągle. To znaczy zawiera okresy odpoczynku kiedy to organizm się regeneruje, a ciało tym samym wraca do formy i w pełni sił dalej możemy stawiać czoła wyzwaniom.

Myślę o takim stresie, który związany jest z lękiem, niepokojem, zwątpieniem, obawą, brakiem poczucia własnej wartości, sensu czy poczucia bezpieczeństwa. Czyli z martwieniem się, myśleniem pesymistycznym, wywołującym uczucia bezradności czy bezsilności.

Ten rodzaj stresu przedłuża się. A kiedy mamy skłonność do zamartwiania się jest nieustanny bo przedmiot martwienia się zawsze się znajdzie. I to taki właśnie stres ma zły wpływ na nasz organizm, gdy reakcja stresowa jest ciągła. A organizm nie ma czasu na to aby się zregenerować odpocząć, zebrać siły. Tego typu stres może pochodzić z martwienia się, z obaw towarzyszących nam w codziennym życiu.

Nie jest ważne czy w naszym życiu jest jakieś realne zagrożenie czy nie. Umysł nie odróżnia prawdy od fikcji. Jeśli myślimy o zagrożeniu, nawet takim, którego nie ma realnie, a jest tylko efektem chociażby naszego nawykowego martwienia się na zapas, to wytwarza to poczucie zagrożenia. Wszystko jedno jakiego obszaru to dotyczy – finansów, pracy, zdrowia czy związku.

Co przykładowo powoduje martwienie się?

Martwienie się czyli skupianie myśli na tym co negatywne wzbudza niepokój, obniża naszą samoocenę itd. powoduje stres, który nieustannie stymuluje wydzielanie się hormonów stresu. Wywołuje to szereg reakcji w organizmie. Ciągłe wydzielanie się hormonów stresu nie jest korzystne dla ciała. W pewien sposób podtruwa to nasz organizm. Utrzymywanie się podwyższonego poziomu hormonów stresu powoduje, że nasz układ odpornościowy słabnie i stajemy się znacznie bardziej podatni na choroby, chociażby na infekcję.

Jak często możemy spotkać osobę szczęśliwą, witalną, pełną energii, czującą równowagę w swoim życiu – łapiącą infekcję? A jak często dzieje się to w przypadku osób przygnębionych, zestresowanych… ? Najczęściej infekcję albo poprzedza stres, albo też jesteśmy ciągle przygnębieni czy zestresowani. Zaobserwuj zresztą kto choruje. Zaobserwuj co ta osoba mówi, jak o sobie myśli czy ma skłonność do narzekania i martwienia się.

Niedawno pracowałam indywidualnie z jedną osobą. Osoba ta powiedziała, że kiedy jest dobrze – to martwi się, że zaraz coś złego się stanie. I że nawet lubi kiedy są różne stresy, problemy bo wtedy nie martwi się, że coś się wydarzy. Mało tego, ta osoba mówiła o tym jak o pewniku, jak o pewnej zależności. Czyli, że kiedy jest dobrze to należy się spodziewać, że za chwilę coś gruchnie. Jak się pewnie domyślasz, to ta osoba była chora i sprawa ze zdrowiem była dość poważna, wymagająca ingerencji chirurga. Paradoks prawda?? Ale wiedz, że to wcale nie jest takie rzadkie, że umysł zwodzi nas w taki sposób. Że nawet wnioski o zależnościach, które wyciągamy są błędne.

Kiedy zaczyna nam brakować energii to najpierw warto przyjrzeć się czy czasem nie jest to związane ze stresem, o którym mówię. Bo taki ciągły (choć nawet mało wyraźny) stres w bardzo znacznym stopniu przyczynia się do braku energii.

Co jeszcze…

Wpływ stresu związanego z martwieniem się na nasze ciało

Nieustannie produkowane hormony stresu nie są zużywane bo nie walczymy i nie uciekamy. Zaburzają równowagę naszego środowiska wewnętrznego.

By podać tylko kilka przykładów negatywnego wpływu na nasze zdrowie.

Taki nieustanny stres wpływa na niedobory żywieniowe. Na przykład magnezu, który jest ciągle zużywany na potrzeby układu nerwowego i będąc w stresie łatwo mieć deficyt magnezu. Konieczna jest suplementacja magnezu.

Stres wpływa na odwodnienie. Nadnercza produkujące kortyzol i adrenalinę stają się niewydolne. Ponieważ nadnercza produkują także hormon pomagający regulować gospodarkę wodną i poziom elektrolitów, spadek poziomu tego hormonu (związany z osłabieniem pracy nadnerczy) powoduje odwodnienie.

Stres ma duży wpływ na układ trawienny. Może też wpływać na stany zapalne błony śluzowej układu trawiennego i przewlekłe zaparcia.

Stres wpływa na bóle głowy, pleców, lub inne, które wynikają z napięcia mięśni (napięcie mięśni to naturalna reakcja ciała na stres, bo zgodnie z naturą, stres ma nas mobilizować do walki lub ucieczki).

Wpływa także na nastrój, a właściwie jest sprzężony z nastrojem i myślami. Zależność jest dwukierunkowa. Myśli wpływają na emocje i na odwrót. Z kolei i myśli, i emocje wpływają na odczuwanie stresu. Długotrwały wpływ może prowadzić do stanów depresyjnych, które wzmacniane są niedoborami składników odżywczych.

Czy coś z tym możemy zrobić?

Ależ oczywiście, że tak. Inaczej to co mówię nie miałoby sensu, bo po co mówić o czymś czego zmienić nie można?? Ja przynajmniej nie bardzo widziałabym sens.

Są różne techniki pracy ze stresem, techniki relaksacyjne i każdy może znaleźć coś dla siebie. Ale w odniesieniu do naszego myślenia (a dzisiaj mówię o martwieniu się a to jest sposób myślenia) jest to działanie doraźne. Ponieważ kończymy sesję a nasze emocje i myśli najczęściej powracają do stanu najbardziej nam znanego. Wraz z tym wraca stres i emocje z nim związane.

Techniki można stosować aby zmniejszyć napięcie. Natomiast potrzeba nam także realnej pracy ze sobą. Ze swoim wnętrzem, swoją postawą wobec życia. Świadomego działania by nauczyć się myśleć w sposób wspierający.

Najczęściej nie zajmujemy się tym co mamy w swojej własnej głowie. Myślenie jakieś jest i nawet się nie zastanawiamy nad tym, że zależy ono od nas. I owszem, nie zmieni się ono automatycznie, ale w psychologii są narzędzia o udowodnionej skuteczności w zmianie myślenia, a efekty bywają spektakularne.

Ważne jest to by odzyskać bądź pielęgnować nadzieję. By wzmacniać lub budować poczucie własnej wartości. By spojrzeć jaśniej na życie, na przyszłość. Dostrzegać pozytywne i dobre aspekty swojego życia. To powoduje, że nasz układ odpornościowy zaczyna funkcjonować sprawniej.

Myśli, które wywołują pozytywne emocje, przyjemny stan przeciwdziałają reakcjom stresowym organizmu. I nie chodzi o dobre myśli w dobrej sytuacji tylko o nasze nawyki myślenia.

Badanie Martina Seligmana

Chciałabym przytoczyć jeden niedługi cytat z książki “Umysł silniejszy od medycyny” Lissy Rankin, który obrazuje jak dużo w krótkim czasie możemy osiągnąć. Nawet poprzez tak proste codzienne działanie. Cytat dotyczy testu przeprowadzonego przez Martina Seligmana znanego z psychologii pozytywnej, w grupie osób cierpiących na depresję. Posłuchaj.

“W wybranej przez badacza grupie znalazły się osoby, którym choroba całkowicie odbierała chęć do życia. Byli oni tak wymęczeni, iż nie widzieli najmniejszego sensu podnoszenia się z łóżka. Seligman poprosił ich więc o jedną małą przysługę. Codziennie wieczorem mieli logować się na wyznaczonej stronie internetowej i zapisywać tam trzy dobre rzeczy, które spotkały ich w ciągu minionego dnia. W ciągu piętnastu dni stan ich choroby zmienił się z ‘poważnego’ na ‘umiarkowany’ lub łagodny, a poprawę odczuło aż 94% badanych!”

Być może dla poprawy samopoczucia, oprócz pisania 3 pozytywnych rzeczy z dnia, miała także znaczenie regularna, codzienna aktywność (mam na myśli aby ruszyć się i wykonać to zadanie), która stopniowo zaczęła budować poczucie kontroli, minimum panowania nad rzeczywistością. Ale to nieważne. Ważne w jak krótkim czasie to działanie przyniosło pozytywną zmianę.

Potraktuj ten cytat jako przykład na to, że możemy nauczyć swój umysł tego na czym ma się skupiać. Możemy zmienić myślenie, a w ślad za tym odczuwane emocje i uczucia. Możemy oduczyć się martwienia by nie tracić energii ciała i nie osłabiać swojego zdrowia.

To jest w zasięgu każdego z nas. Jak każdy inny nawyk, możemy zmienić nawyki związane z tym w jaki sposób myślimy, jakie mamy przekonania itp.

W każdym razie martwić się nie warto. Ani to nie przynosi rozwiązań, ani nic pożytecznego, a negatywów jak słyszałaś dużo.

To tyle na dzisiaj. Do usłyszenia następnym razem i życzę Ci z całego serca tego, abyś się nie martwiła/-ił.

 

Subskrybuj bloga i pobierz bezpłatny e-book "6 zasad dla szczupłej sylwetki"

Zapisując się na listę wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych w celach marketingowych, której potrzebuję aby móc wysyłać do Ciebie maile. Więcej w Polityce Prywatności.

 

 

Moje książki w księgarni (duży rabat):